|
Rodzina chłopa, któremu wojsko zarekwirowało konia w 1939 roku, domaga się zadośćuczynienia. W sprawę zaangażował się poseł PiS z Bielska-Białej. Twierdzi, że jeśli będzie taka potrzeba, przeprowadzi cały proces legislacyjny, aby rolnicy otrzymali odszkodowanie.
Rodzina Franciszka Wolnego ze wsi Radziechowy pod Żywcem nie zamierza odpuścić sprawy. W końcu skoro państwo zwierzę zabrało, to ekwiwalent się należy. Na dowodzie pobrania zwierzęcia, przewodniczący komisji poborowej napisał, że wycenia konia na 270 zł. Pieniądze miały być do odebrania w urzędzie skarbowym w Żywcu. Podczas wojny nie było możliwości zrealizowania kwitu, a potem państwo ludowe nie kwapiło się z regulowaniem takich zobowiązań. Bieg sprawie nadał poseł Pięta. Skoro jest kwit wydany przez wojsko i zobowiązanie zapłaty, to w wolnym państwie powinno się oddać ludziom, co do nich należy. Dlatego parlamentarzysta pytał w ministerstwach, czy są możliwości wypłaty odszkodowania. Ministerstwo Skarbu Państwa nie widzi możliwości rozwiązania tego problemu. Argumentuje, że w obecnej sytuacji prawnej nie ma żadnych instrumentów, pozwalających na wypłatę odszkodowania. Ilu gospodarzy ma jeszcze kwity świadczące o oddaniu konia dla potrzeb zagrożonej ojczyzny w przededniu wojny? Tego dokładnie nie wiadomo. Wiadomo jednak, że przed laty, Edward Stoszko z Bąkowa pod Cieszynem, właściciel zaginionego na wojnie konia dochodził sprawiedliwości i niewiele wskórał. Wiosną 2001 roku przedstawił zaświadczenie, z którego wynikało, że jego koń trafił do armii w sierpniu 1939 roku, dostał numer 130 i był wyceniony łącznie na 290 złotych: 260 za zwierzę i 30 za uprząż. Na nic się to zdało, odszkodowania nie dostał. Teraz cała nadzieja w pośle Pięta. Źródło: Dziennik |